Czy Vivaldi był na Ziemi Lubuskiej?

Vivaldi to Wenecja, a Wenecja to Vivaldi. To tak oczywiste, że wiele osób przeciera oczy ze zdumienia, kiedy dowiaduje się, że kompozytor zmarł i został pochowany w Wiedniu. Jeszcze bardziej zdumiewa fakt, że kompozytor, który powinien większość czasu spędzić, jak głosi legenda, albo w weneckim sierocińcu albo w weneckiej gondoli, sporo podróżował i to nie tylko po Włoszech. Życie zakończył nad Dunajem, ale kilkanaście lat wcześniej dotarł już bardzo blisko od nas, bo do czeskiej Pragi, gdzie według wszelkiego prawdopodobieństwa czuwał nad przygotowaniem premiery dwóch swoich oper.
Czy są jakiekolwiek świadectwa wskazujące, że z Pragi udał się jeszcze bardziej na Północ i dotarł na przykład w okolice Zielonej Góry? Oczywiście nie ma. Vivaldi nigdy nie dotarł na Ziemię Lubuską... Ale czy na pewno? Czy kompozytor musi pojawić się gdzieś osobiście, by być tam obecnym?
Pytanie pozornie bez sensu, ale z drugiej strony żyjemy w czasach video konferencji i przesłań odtwarzanych na wielkich telebimach. Nawet w czasie realnych wydarzeń takich, jak wielkie koncerty rockowe, ich bohaterowie są co prawda fizycznie obecni, ale widoczni i słyszalni wyłącznie dzięki współczesnej technice.
Czyjeś bycie obok nas, dla przeżycia którego niektórzy są skłonni odbyć długie podróże i narazić się na wiele niedogodności, musi być na tyle ważne, że nawet wtedy, gdy ostatecznie przedmiotu pożądania nie zobaczymy, nie usłyszymy, a już na pewno nie dotkniemy, pamięć wykona serię sztuczek, dzięki którym sama próba spotkania zamieni się w spotkanie, rozczarowanie w spełnienie, a smutna rzeczywistość w barwną legendę.
Żaden półśrodek nie będzie nigdy równał się rzeczywistemu spotkaniu. Wie o tym każdy, kto w ważnych dla siebie kontaktach skazany jest wyłącznie na telefon, skajpa czy whatsapa. Kiedyś było jednak inaczej, bo prawdopodobieństwo spotkania z kimś, kogo bardzo chciało się spotkać, graniczyło z cudem. Nie wszyscy byli tak zdeterminowani jak Bach, który przewędrował pół Niemiec, aby odwiedzić Buxtehudego. Jeśli jednak komuś już udało się, z kimś spotkać, to stawał się nie tylko tego kogoś piewcą (chyba, że w wyniku doznanego zawodu stawał się zaciekłym krytykiem), ale też swoistym ucieleśnieniem, przedłużeniem legendy, amabasadorem.
W świecie muzyki moglibyśmy takich sytuacji przedstawić bez liku. Młodzi muzycy i kompozytorzy próbowali dotrzeć do swoich idoli, których dotąd znali wyłącznie z partytur i ewentualnie z zasłyszanych opowieści. W Niemczech, a Ziemia Lubuska w pierwszej połowie XVIII wieku była przecież niemiecka (może lepiej byłoby powiedzieć saksońska i brandenburska), Vivaldi był przedmiotem kultu: Jan Sebastian Bach przerabiał jego kompozycje, Telemann pisał w jego stylu, a na dworze drezdeńskim roiło się od muzyków, dla których Vivaldi był punktem odniesienia.
Jednym z nich był skrzypek Johann Georg Pisendel. Pochodził z Frankonii, ale jeszcze jako wyjątkowo utalentowany nastolatek przeniósł się bardziej na Wschód, gdzie najpierw mieszkał w Dreźnie, a później znalazł się w Lipsku. Tam też w wieku zaledwie 23 lat został szefem Collegium Musicum. Dwa lata później, w roku 1712 był już z powrotem w Dreźnie, gdzie pracował do końca swojego życia najpierw jako członek orkiestry, a później jako jej kapelmistrz. Pięć lat po rozpoczęciu regularnej pracy na saksońskim dworze odbył podróż, która w pewnym sensie zadecydowała o jego dalszej karierze i sławie. W roku 1716 pojechał do Wenecji i przez kilkanaście miesięcy pozostawał w bardzo ścisłych kontaktach z Antonio Vivaldim. Nawet kiedy młody niemiecki wirtuoz powrócił do domu, Vivaldi o nim nie zapominał i w kolejnych latach skomponował specjalnie dla niego serię utworów kameralnych i koncertujących. Również Pisendel nie zapomniał o Vivaldim i na poważnie zajął się studiami kompozytorskimi, a w napisanych przez niego utworach bez trudu odnajdziemy ślady wpływów weneckiego twórcy. Vivaldiański duch za sprawą Pisendla trafił też do twórczości jego znakomitych uczniów, Franciszka Bendy i Johanna Gottlieba Grauna, którzy co prawda reprezentowali już nieco inną stylistykę, ale i w tym nawiązywali do Vivaldiego, bowiem jego późna twórczość zapowiadała schyłek tradycyjnie rozumianego muzycznego baroku.
Najważniejsze nastąpi teraz: Pisendel jako kapelmistrz dworskiej kapeli na drezdeńskim dworze, najpierw Augusta II Mocnego, a później Augusta III był w Polsce. Na pewno przynajmniej jeden raz w okresie od grudnia 1735 do czerwca 1736 roku. Kierował wtedy mieszanym polsko-niemiecko-włoskim zespołem, w której skład wchodzili między innymi muzycy - proszę o uwagę - zespołu hrabiego Henryka von Brühla, późniejszego właściciela Brodów. Typowa trasa, jaką dwór drezdeński obierał jadąc do Warszawy, prowadziła przez Ziemię Lubuską i Wielkopolskę, a jednym z ważnych miejsc czasami dość długiego odpoczynku bywały Żary. Pisendel był w naszych stronach, to nie ulega wątpliwości, a wraz z nim duch muzyki Vivaldiego.
Decydując się na poświęcenie znacznej części tegorocznego „Przedsionka Raju” muzyce Antonio Vivaldiego, nie myśleliśmy w pierwszej kolejności o tym, że jest tak popularna, chociaż mamy świadomość, że dla wielu słuchaczy Vivaldi i barok to skojarzenie równie silne jak Vivaldi i Wenecja. Naszą intencją było raczej przypomnienie, że nawet w czasach, gdy Ziemia Lubuska była być może jeszcze bardziej prowincjonalna niż dzisiaj, w sensie muzycznym wcale aż tak wielką prowincją nie była. Historycznie rzecz ujmując, Vivaldi nigdy tutaj nie dotarł, ale był tutaj Pisendel. W naszej lubuskiej muzycznej legendzie możemy ich jednak, niech wybaczą nam to Wenecja, Drezno oraz historycy, utożsamić i odtąd twierdzić, że Vivaldi jednak tutaj był. Co też w tym roku będziemy celebrować i czego będziemy wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi, dowodzić.
 
CZ