Autostradowe pożegnanie

Co prawda mój samochodowy GPS dysponuje przestarzałymi mapami sprzed kilku lat, ale wciąż nadaje się do użycia. Jeśli mam wątpliwości co do jego aktualności, włączam aplikację w smartfonie. Czasami informacje i wskazówki się pokrywają, ale bywa, że są tak od siebie różne, że podejrzewam jakiś błąd. Może źle wpisałem nazwę celu, a może spośród kilku tak samo nazywających się miejscowości wybrałem niewłaściwą?

Nic z tych rzeczy, nowa droga, którą oddano w międzyczasie do użytku skraca podróż tak znacząco, że w mojej głowie wywraca do góry nogami cały dotychczasowy schemat myślenia i działania. Następnym razem nie będę musiał już wstawać tak wcześnie, nie będę musiał wracać tak  późno, dojadę na miejsce w dobrym stanie, wrócę w nienajgorszym, a poza tym będę mógł jednego dnia odbyć wyprawy, na które kiedyś potrzebowałem dwóch lub trzech.

Ruszam więc w drogę i, szczerze mówiąc, podziwiam, jak bezkolizyjnie mogę wyjechać z miasta, włączyć się w ruch na dwupasmowej trasie ekspresowej i ruszyć w obranym kierunku z szybkością, o której kiedyś strach było w ogóle marzyć.

Co kilkanaście kilometrów duże tablice zapowiadają kolejne zjazdy i wjazdy, najczęściej w pobliżu jakichś miast. Przypominam sobie mapę Polski i z pamięci próbuję wydobyć jakieś podstawowe wiadomości o miejscowościach, które mijam. Widzę ich najważniejsze punkty orientacyjne: wieże kościelne i ratuszowe, charakterystyczne budynki przemysłowe, czasami jakiś symboliczny element lokalnej topografii, który zapisał się w historii jakąś bitwą, jakąś obroną, a może jakimś oblężeniem.

W większości wypadków i z kilkukilometrowej perspektywy wszystkie te miejscowości wyglądają bardzo podobnie, zlewają się w jeden obraz małego miasta leżącego przy trasie szybkiego ruchu, przez które nie trzeba się teraz przebijać i marnować czasu. Za kilka lat nie będziemy już rozpoznawać miast po niepowtarzalnym układzie śródmieścia czy nietypowej wieży kościoła. Punktami orientacyjnymi staną się stacje benzynowe z Macdonald’sem albo KFC, tzw. MOPy z podlegającymi wyjątkowo szybkiej degradacji toaletami i ewentualnie jakieś anomalie w oznakowaniu. Te ostatnie sprawiają, że kierowcy jadący nową drogą po raz pierwszy zwykle zjeżdżają z niej nie tam, gdzie powinni, co rodzi oczywiście całą serię nieprzewidzianych konsekwencji. Legendę miast zastępuje legenda autostradowa – nudna jak jazda z włączonym tempomatem.

Dzięki nowej drodze z miasta A do miasta B nie jedziemy już trzech godzin, a zaledwie półtora i dodatkowo unikamy niebezpieczeństw, które czekały na nas na prawie każdym kilometrze trasy. Myślę jednak, że przy okazji narażamy się na niebezpieczeństwo nie tak dotkliwe jak wypadek samochodowy, ale w perspektywie wielu lat, a może całego życia, mogące uczynić nas kalekami, bo upośledzające pamięć i zaburzające poczucie rzeczywistości.

Oto jeden przykład z ostatnich miesięcy. Zawsze irytował mnie przejazd przez Jawor, niewielkie miasto na Dolnym Śląsku. Męczył mnie do tego stopnia, że zawsze na chwilę się tam zatrzymywałem. Skoro się już zatrzymałem, to szedłem na krótki spacer, który nigdy nie okazywał się krótki, bo zawsze doprowadzał mnie do Kościoła Pokoju, z którego nie byłem w stanie wyjść, tak jest ten obiekt fascynujący i oddychający czasem swego powstania. Później myślałem już tylko o tym, jaką bajkę wymyślić, żeby wytłumaczyć spóźnienie na kolejne spotkanie albo powrót do domu w środku nocy.

Niedawno Jawor zyskał obwodnicę. Pojechałem nią krótko po otwarciu. Pogoda była niezbyt dobra, podobnie jak widoczność. Będąc na wysokości miasta nie widziałem nic, nie wiedziałem nawet czy jest po prawej czy po lewej stronie drogi. Jawor, miasto ciasnych ulic, męczącego tranzytu, trudnych do znalezienia miejsc parkingowych, sympatycznego rynku i uzależniającego swoim klimatem protestanckiego kościoła zniknął. Stał się tylko słowem na tablicy informującej o kolejnym zjeździe.

Zastanawiam się, co zrobię następnym razem. Czy jak kiedyś, zjadę z wygodnej drogi, żeby poczuć choć przez chwilę dreszcz emocji, przejeżdżając obok miejsc, które tak silnie odcisnęły się w mojej pamięci? A może pragmatycznie wybiorę wygodę autostrady, obiecując sobie, że następnym razem już na pewno pojadę przez miasto, bo to przecież tylko kilka, kilkanaście minut dłużej?

Obawiam się, chociaż bardzo tego nie chcę, że ten pierwszy przejazd nową drogą to początek pożegnania z kolejnym miejscem, które coś dla mnie znaczyło.

Cezary Zych